Zapiski z Kambodży , część 1

Po Tajlandii przyszedł czas na kolejne miejsce – Kambodżę. Na to państwo czekałam z ogromną niecierpliwością, bo niewiele o nim wiedziałam. Ogrom pracy sprawił, że przed wyjazdem nie miałam czasu zbytnio zapoznać się z informacjami o Kambodży, ani przewertować inne blogi czy strony.
Po krótkim locie z Bangkoku, wysiadamy na lotnisku i przyjemne ciepło znów nas owiewa, ale tym razem powietrze jest jakby świeższe i nie ma tego duszącego zapachu.
Po prawej stronie znajdują się budynki lotniska, ale w pierwszym momencie wydaje mi się, że to jakieś zabytki albo świątynie.

Są piękne i urocze, z niesamowitymi dachami i pojedynczymi drzewami wokoło. To zdecydowanie najładniejsze lotnisko jakie do tej pory widziałam.
Wchodzimy i szukamy okienka do kontroli paszportów i wiz. Stajemy w pierwszym rządku, które dostrzegamy i które wydaje się najkrótsze. To był jednak błąd. Z jakiegoś niewiadomego powodu nasza kolejka porusza się o centymetr na każde 15 minut, podczas gdy znaczna część pasażerów z innych kolejek jest już za bramką i rusza w stronę wyjścia. Urzędnik w naszej kolejce okazuje się wyjątkowo skrupulatny i z wielką uwagą czyta każdą rubryczkę. Nagle otwierają dodatkowe okienko, ale zanim zdążymy zareagować w jakikolwiek sposób, nie mówiąc o ruszeniu się choćby o milimetr, do okienka podbiega tabun ludzi, głównie Hiszpanów i kilku Hindusów. Na czele jest teraz pani w kolorowych szalach, o ciemniejszej karnacji i w szykownych srebrnych laczkach. Rozgląda się z zadowoleniem po innych biedakach, którzy zostali daleko w tyle, w tym na mnie, kiwając znacząco głową. No coż, ja także jej kiwam, ponieważ w duchu czuję niemały respekt, że w tak krótkim czasie potrafiła dobiec na początek kolejki w chustach do kostek i laczkach.
Po jakiś 45 minutach jesteśmy gotowe i przebieramy nogami ze zniecierpliwienia. Studiowałam historię, więc Angkor zdecydowanie był moim podróżniczym marzeniem już od jakiegoś czasu.
Widzimy na lotnisku pana, z który za darmo miał nas podwieźć z lotniska tuk tukiem. ( Oczywiście mimo, że był szalenie miły, to nie robił tego z czystej dobroci. Zazwyczaj kierowcy tuk tuków podwożą za darmo ludzi do hosteli, żeby na następny dzień umówić się z nimi na Angkor i w ten sposób mają zapewnioną pracę na dwa dni).
Ładujemy się w trójkę do tuk tuka, torby wciskamy między nami, w różnych dziwnych pozycjach i ruszamy. Jeśli nie jechaliście nigdy tuk tukiem , to koniecznie spróbujcie, bo jest to przeżycie samo w sobie. To lawirowanie miedzy innymi autami i skuterami wiatr we włosach i radosne podskakiwanie na wertepach i dziurach. Na początku na każdej dziurze wydaje się czy to stłumiony okrzyk, czy to pisk, a po kilku dniach człowiek jest już doświadczony w bojach i nawet jeździ bez trzymanki 🙂

Dla mnie taka jazda tuk tukiem jeden z lepszych sposobów na podróżowanie. I to do tego wszystkiego ruch na ulicy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że każdy jeździ jak chce, w każdym kierunku, bez jakichkolwiek zasad pierwszeństwa czy bezpieczeństwa. Na drodze jest pełno skuterów, aut, tuk tuków , zwierząt, przyczep, straganów i ludzi. Gdybyście widzieli jak piesi przechodzą przez drogę. Nie szukają pasów ani nie czekają na światła. Lawirują między autami, tu przejdą, tam przeczekają, tu znów przebiegną, gdzieś się przetoczą. Czasami gdy chciałam przejść przez ulicę, dosłownie doczepiałam się do pleców miejscowego i dreptałam za nim krok w krok, bo nie wiedziałam w jaki inny sposób mogłabym to zrobić. Skutery to materiał na osobną historię. Wcześniej nie wyobrażałam sobie, że to jednego małego skutera można podłączyć cały stragan z szalami czy owocami i przewozić go z miejsce na miejsce. ( Pragnę dodać tylko, że stragan co najmniej dwa razy takiej wielkości jak skuter) Jak widać miałam za słabą wyobraźnię 🙂 Innym przykładem były całe rodziny jadące na jednym skuterze. Dwójka rodziców, po jednym dziecku po każdą pachą, jedno między rodzicami i jedno z tyłu, czyli razem 5 osób. Lub na przykład czterech mężczyzn razem w rządku na pojeździe, który według mnie przeznaczony jest na maksymalnie dwie osoby. Co ja tam jednak wiem 🙂 Na pierwszy rzut oka – totalny chaos. Panują jednak niepisane reguły, komu należy ustąpić i jak się zachować. Jest to dość intuicyjna jazda, ale w gruncie rzeczy nie wydaje się, żeby było u nich więcej wypadków niż np. w Polsce. ( Małe sprostowanie : Chyba to jednak były pozory, bo po zapytaniu kilku przypadkowych osób każdy stwierdził, że wypadków jest dużo. W Wietnamie nawet byłam świadkiem jednego.)

Już od pierwszych chwil Siem Reap mi się podoba. Trudno to opisać, trzeba po prostu przeżyć. Jest jakoś tak przytulnie, życzliwie, przyjaźnie, tak że się chce tam być. Bez wątpienia jest też biednie, ale o tym jak biednie mamy przekonać się dopiero ostatniego dnia.
Docieramy do hotelu i tak jak podejrzewałam, nasz kierowca zaczyna reklamować swoje usługi na następne dni. Nie musiał się nawet szczególnie natrudzić, bo i tak planowałyśmy pojechać tam tuk tukami, więc po krótkich negocjacjach i targowaniu ceny – tak dla samej przyzwoitości – umawiamy się, że wyruszamy tego samego dnia, za dwie godziny.

W hotelu na odświeżenie pijemy pyszny sok z męczennicy jadalnej ( bardziej popularna nazwa to marakuja, ale męczennica zdecydowanie bardziej wpada w ucho. Jeszcze inna nazwa “Passiflora”, od słów passio – cierpienie i floro – kwiat. Nazwa wywodzi się stąd, że mnich pochodzący z Włoch skojarzył kształt owocu z narzedziami mękki Chrystusa. Ciekawostka : marakuja jest też znana z działania rozkurczającego na mięśnie gładkie, więc szczególnie polecana dla kobiet, które mają bolesne miesiączki.)

Marakuja – czasami słodka, czasami kwaśna – jak dla mnie najlepsza w postaci soku!

Tak samo jak w Tajlandii, soki są tutaj przepyszne. Większość owoców jest jednak importowana z Wietnamu i Tajlandii, a mieszkańcy jedzą tylko to co rośnie sezonowo, ponieważ te importowane są za drogie. Nie wiem czy tylko mnie to zaskoczyło, ale wyobrażałam sobie wcześniej, że mieszkańcy takich krajów jedzą świeże owoce cały czas. W każdym razie, wyobraźcie sobie, najlepsze mango, papaję czy melona jakiego jedliście w Polsce ( nie wspominając już o Norwegii) i pomyślcie, że tutaj te owoce są kilka razy bardziej soczyste i słodsze. Dla mnie – jako weganki – raj i nieokiełznany szał rzucania się na każde stoisko z sokami jakie spotykam na swojej drodze.

O 12 wychodzimy i rozglądamy się za naszym kierowcą, ale nie widać go nigdzie w zasięgu wzroku. Zanim jednak zdążymy się zastanowić dlaczego, zewsząd przybiega kilku mężczyzn i zaczynają – wszyscy naraz, a jakże – coś nam zawzięcie tłumaczyć. Głównie w języku khmerskim, wracając przy tym angielskie słowa. W końcu po dłuższej chwili konwersacji khmersko- angielsko – polsko- migowej udaje się rozumieć, że naszego kierowcy nie będzie, aczkolwiek miał dobrą wymówkę- jest zajęty. No po prostu! Nie zdażyło Wam się nigdy nie przyjść do pracy, bo byliście zajęci? Powód jak każdy inny 🙂 Jeden z kierowców stwierdził, że jest bratem naszego niedoszłego kierowcy, więc to on nas zawiezie. Powtarzał przy tym, że jego brat wiózł nas wczoraj. W tym momencie stwierdziłam, że nas wkręca, bo przecież wczoraj to nas tutaj absolutnie nie było. Pan zauważył chyba moją konsternację, bo nagle wyciągnął telefon, zadzwonił gdzieś i na głośnomowiącym trybie podał mi “brata”, ażebym wyjaśniła zaistniałą sytuację. Wszyscy kierowcy tuk tuków wciąż prowadzili żywą i bardzo głośną dyskusję, więc przez pierwszą minutę powtarzaliśmy sobie tylko przez telefon “halo halo” z różną intonacją i natężeniem głośności, ale summa summarum okazało, się , że rzeczywiście to był jego brat, który nas wiózł dziś rano. Zastanawiałam się właśnie co robić, gdy nagle podszedł jakiś inny kierowca, który z twarzy wydawał się godny zaufania. Albo to po prostu była intuicja, trudno powiedzieć, ale stwierdziłam, że jedziemy z nim.
Umówiliśmy się na małe kółko (Generalnie w małe kółko miały się wliczać np. Angor Wat, Bayon,Ta Prohm, Ta Keo oraz Thommanon i Chau Say Tevoda, ale nasz przewodnik wiedział lepiej i zabrał nas do różnych świątyń, w jakieś całkiem pokręconej kolejności.)Droga trwała jakieś 20 minut, a wszystko co mijaliśmy po drodze wydawało mi się fascynujące. Ruch uliczny, małe straganiki stojące przy drogach, ludzie przechodzący przez ulicę, lawirujący między pędzącymi tu tukami, skuterami i samochodami ( Chociaż akurat tych ostatnich było najmniej). Ogólnie podczas podróży najcudowniejsi są właśnie ludzie – nieważne ile razy odwiedzasz dane miejsce – za każdym razem spotykasz nowe osoby, inaczej ubrane, inaczej zachowujące się i dochodzi do Ciebie jak niezwykła jest ta różnorodność na świecie i jak mało wciąż jeszcze widziałeś.

Nie będę rozpisywać się o każdej świątyni po kolei, bo można by o tym wydać książkę, (jeśli jesteście zainteresowani informacjami praktycznymi i dokładniejszymi o każdej świątyni, tu zajrzyjcie do osobnego wpisu o Angkor Wat(. Na ten moment, chcę tylko powiedzieć, że warto. Nie rozumiem osób, które twierdzą, że nie ma tutaj co oglądać, albo że maksymalnie na kilka godzin.

Optymalny czas to jak dla mnie dwa dni, jeśli ktoś chciałby zobaczyć najważniejsze budynki. Oczywiście, tak naprawdę, można by tu zostać i miesiąc jeśli chciałoby się poznać dokładnie wszystkie zakamarki. To jednak opcja dla pasjonatów historii. Najmniejsze wrażenie zrobiła na mnie świątynia Ta Prohm, która jest słynna z powodu Angeliny Jolie i filmu Lara Croft. Jeśli jesteście zainteresowani o jaką scenę chodzi , kliknijcie tutaj : https://www.youtube.com/watch?v=y3V34xa0l94 Przy popularnym drzewie stał spory tłumek ludzi i nie do końca można było nacieszyć się tym miejscem. Dalej było już tylko lepiej. Nasz „przewodnik” znał się na rzeczy i zabrał nas do świątyń w bardzo dziwnej i chaotycznej kolejności, ale miało to sens. Okazało się, że wie dokładnie o której porze Chińczycy- których było najwięcej – chodzą na lunch, więc w części świątyń było zaledwie kilka osób, w niektórych momentach byłyśmy nawet same.
Miejsca są jak dla mnie magiczne, trudno to opisać, ale czuje się ducha tamtych czasów. Musicie to przeżyć, a na zachętę kilka zdjęć.

Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Nasz pan kierowca postanowił pokazać nam świątynie, ( a po drodze kilka innych rzeczy) które była oddalona spory kawałek od miejsca w którym się znajdowaliśmy. Wywiózł nas na jakąś wioskę, gdzie właściwie nie było już widać turystów poza nami.
Zatrzymaliśmy się przy małym domku, wokół którego biegały dzieci, a drobna kobieta mieszała coś w wielkiej misie, po czym formowała małe placuszki, przypominające ziemniaczane i smażyła to na wielkim rozgrzanym kamieniu. Okazało się, że są to placki z liści ( wybaczcie za ogólną nazwę, ale zapomniałam z jakich liści 🙂 ) oraz ryby – całej ryby, łącznie z ościami i częścią wnętrzności. Nagle Sam- nasz kierowca- wziął jeden z placuszków, porwał go na trzy części i dał do spróbowania każdej z nas. Jestem wegetarianką od 8 lat, a weganką od 3, ale widząc, że ktoś chciał podzielić się ze mną cząstką swojej kultury, mimo, że sam ma tak niewiele pieniędzy, nie mogłam odmówić i spróbowałam. Miało to bardzo specyficzny smak, trochę jak surowa ryba, ości chrzęściły jeszcze pod zębami. Okazało się, że takie placki są tradycyjnym posiłkiem i razem z ryżem można je jeść na praktycznie każdy posiłek. Czasami rybę zastępuje się kurczakiem. Nie widziałam nigdzie takiej pozycji w menu restauracji, nawet tych „lokalnych”


Następnie pojechaliśmy na pola ryżowe i Sam pokazał nam jak się sadzi ryż. Wyglądało to na bardzo żmudną i cięzką pracę, zwłaszcza w pełnym słońcu. W Kambodży wciąż niewiele osób ma maszyny, duża część używa bawołów, a jeszcze inni, tak jak Sam, robią wszystko ręcznie, sami.
Przy okazji pól ryżowych Sam opowiedział o swojej koleżance, którą uczył ostatnio jak się sadzi ryż i zaśmiewał się wciąż z własnych żartów pokazując jak to kręciła się w kółko zostawiając wszędzie odciski stóp. Ogólnie Sam dużo się śmiał, najczęściej z własnych żartów, bardzo pozytywny człowiek.
Zajechaliśmy też na cmentarz, na którym bawiło się kilkoro dzieci. Większość ludzi w Kambodży (około 95%) to buddyści – dla ciekawskich, dominującą szkołą jest Therawada, czyli współcześnie najdłużej istniejąca szkoła buddyjska. To oznacza, że dla Khmerów śmierć nie jest końcem wszystkiego, a jedynie zakończeniem cyklu życia. Po śmierci, ciało nie jest w żaden sposób balsamowane, ponieważ powszechnie uważa się, że mogłoby to utrudnić ponowne narodziny. Po trzech dniach ciało kremuje się, a prochy trzymane są w świątyniach lub w ich pobliżu, żeby rezydujący tam mnisi mogli pomóc w powtórnych narodzinach. Bliscy zazwyczaj ubierają się na biało, bo to właśnie biały kolor oznacza żałobę. Niektórzy także golą swoje głowy.
Niektórzy ludzie w Kambodży są bardzo religijni, ale znaczna część podtrzymuje tylko tradycje. Niemniej jednak mają kilka naprawdę barwnych historii. Np. o księżycu.
Mimo, że w dzisiejszych czasach to właśnie buddyzm jest dominującą religą, to nie zawsze tak było. Kiedyś był to hinduizm, ale od XIV imperium khmerskie zaczęło powoli upadać, a razem z tym zmieniała się też religia. Na początku część ludzi butdowała się i próbowała z tym walczyć i właśnie dlatego w Angkor można znaleźć wiele posągów buddy, które mają obcięte głowy czy ręce.
Na dzień dzisiejszy obie religie są szanowane , mimo, że to buddyzm jest tą główną.

Dzień skończył się przyjemnie, bo oglądaliśmy zachód słońca z światyni Bayon. Co prawda dojechaliśmy tam wcześniej, a ja byłam tak zmęczona, że usiadłam pod jedną ze ścian i zasnęłam na pół godziny. 🙂 Tak to czasem bywa w podróży, że korzysta się z każdej chwili do spania, mam tylko nadzieję, że Budda się nie obraził.
Aczkolwiek taki zachód słońca nie zachwycił mnie jakoś bardzo. Było mnóstwo ludzi, a myślę tez, że jest wiele miejsc z których widok byłby lepszy. Dużo bardziej oczarowały mnie te wcześniejsze miejsca, dzieci grające w piłkę, kobieta smażąca placki czy rozległe pola ryżowe.
Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na Sama, strasznie życzliwego człowieka, który zawiózł nas w te miejsca, poza określoną trasą. Mimo, że nie musiał, bo byliśmy umówieni tylko na Angkor. Mimo, że świątynie są piekne, to największym przeżyciem było właśnie zobaczenie tych zwyczajnych – niezwyczajnych ludzi, dzieci bawiących się na cmentarzu, kobietę smażącą rybne placki, mężczyzn grających w kulki, ślub który mijaliśmy po drodze,ludzi sadzących ryż.