Japonia, część 2 Tokio i Ainokura

Przez trzy następne dni wałęsaliśmy się po Tokio odwiedzając te mniej i bardziej znane miejsca. Na liście znalazły się obowiązkowo wszystkie znane świątynie jak np. Senso-ji, które całkiem skradły moje serce. Zarówno bramy Torii oraz świątynie mają w sobie jakiś szczególny urok, trudny do opisania. Aż chce się usiąść gdzieś w pobliżu i patrzeć na te majestatyczne budowle. Człowiek czuje się wtedy taki wyciszony i skłonny do refleksji.
Bramy Torii są szczególne w kulturze japońskiej i dla niej charakterystyczne. Zazwyczaj składają się dwóch słupów, złączonych u góry poprzecznym belkami. Oddzielają poniekąd nasz ziemski świat, od świata nieskończonego, miejsca gdzie zamieszkują bogowie i dlatego często stawia się je tam gdzie mogą zamieszkiwać kami (bogowie), a więc na przykład na wodzie lub w pobliżu gór i skał.
Oprócz świątyni odwiedziliśmy największy na świecie targ rybny, Imperial Palace, parki oraz wjechaliśmy wieczorem na Tokyo Tower. Widok był niesamowity, a do tego mieliśmy niesamowite szczęście, bo akurat byliśmy ostatnimi osobami z kolejki, które tego dnia zostały wpuszczone.

Jednak najciekawszym zajęciem w Tokio było po prostu obserwowanie ludzi. Można powiedzieć, że około 80 – 90 % dorosłych ludzi było elegancko ubranych, w garnitury, białe koszule i czarne spodnie. Jeszcze nigdy nie widziałam tyle odświętnie ubranych osób w jednym miejscu. Rano wszyscy szybkim krokiem szli do pracy, potem w czasie lunchu wychodzili na zewnątrz i w grupkach wybierali pobliskie knajpy. Wydawało się, że wszyscy doskonale wiedzą dokąd idą i po co, a czas to pieniądz, więc nie można go marnować. Dlatego większość osób jadła bardzo szybko i czym prędzej wracała do swoich zajęć. Tempo jedzenia było naprawdę zawrotne, dodając do tego fakt, że wszyscy posługiwali się pałeczkami. Z jednej strony można zazdrościć Japończykom pracowitości, niemarnowania czasu i precyzyjnego realizowania planu, a z drugiej strony jest to trochę smutne, bo wydaje się, że wszyscy muszą być nienaganni i nie ma miejsca na żaden błąd. Kiedy od 22 wychodziliśmy na wieczorny spacer, wciąż wiedzieliśmy pracujących w bankach czy innych biurach.

Od czasu do czasu jeździliśmy metrem. Wszystko było bardzo dobrze opisane, a pociągi punktualne. Czasami na peronach tłoczyło się mnóstwo ludzi, a mimo to wciąż wszyscy stawali w kolejkach, w ustalonym porządku. Z metra skorzystaliśmy żeby dojechać do dzielnicy Shibuya, jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc w Tokio. Żeby wyjść ze stacji Shibuya trzeba skorzystać z wyjścia, które jest nazwane na cześć psa Hachiko. Większość z Was na pewno kojarzy film „ Mój przyjaciel Hachiko„. Film ten opart jest na faktach i opowiada o psie, który przez 10 lat czekał na swojego właściciela na dworcu! Japończyków tak wzruszyła ta historia, że postanowili postawić psu pomnik. Także pamiętajcie, że jeśli odwiedzicie kiedyś Japonię, to zdjęcie z Hachiko jestem punktem obowiązkowym wycieczki. :) Nie było jednak mowy o zdjęciu sam na sam, ponieważ miejsce wokół pomnika stanowi znany punkt spotkań młodych. Było więc tam pełno nastolatków, oblegających każdy wolny fragment murku i obszaru koło pomnika, ale to tylko nadawało miejscu uroku.

Od razu po wyjściu z metra na ulicę poczuliśmy, że jesteśmy w ten znanej ze zdjęć dzielnicy neonów, zabawy i zakupów. Wszędzie było jasno, kolorowo, świecąco i gwarno. Neony i szyldy mieniły się wszystkimi możliwymi kolorami, czuć było, że ta dzielnica wprost tętni życiem. Na początku przechadzaliśmy się trochę, zaglądaliśmy przez okna do salonów gier, których było mnóstwo. Każdy z nich był pełen. Do niektórych można było wejść do środka, do innych nie bardzo wpuszczali turystów, chcieli chronić prywatność grających. Na ulicy stało wielu artystów, śpiewających i grających. Melodie były inne niż europejskie, ale naprawdę wpadały w ucho. Pod wpisem znajdziecie link na youtube do filmiku, który nagraliśmy. Oczywiście, nie można zapominać o słynnym skrzyżowaniu, które jest uznawane za najbardziej ruchliwe na świecie. W godzinach szczytu przez skrzyżowanie przechodzi ponad 1000 osób! Warto zobaczyć to wszystko z góry. Wszystkie auta zatrzymują się, a ludzie przechodzą we wszystkich kierunkach naraz. Mimo to nikt się nie zderza, nikt na siebie nie wpada! Nie wiem jak Japończycy to robią, ale wydaje mi się, że muszą ćwiczyć od małego. :)

Zaskakujące było to, ile osób jeździło w Tokio na rowerach. Może nie aż tyle co w Norwegii, ale i tak rowerów było mnóstwo. Oczywiście, ubranie i aparycja wciąż musiały pozostać nienaganne, więc podczas deszczu widzieliśmy wiele osób jadących na rowerach, a jednocześnie trzymających parasolki w jednej ręce. Wyglądało to dość imponująco. Całkowite przeciwieństwo Norwegów, którym nigdy by coś takiego nie wpadło do głowy. :) Tutaj czy deszcz czy słońce, wichura czy ulewa, wszyscy mają dobre, przeciwdeszczowe ubrania i jeżdżą wiele kilometrów dziennie.

Kolejnym zwyczajem Japończyków, przyciągającym uwagę, były ich przywitania. Nie było tam pośpiesznych kiwnięć głową czy rzuconych w biegu dzień dobry. Kiedy już z kimś się witałeś to musiałeś poświęcić chwilę na ukłony. Jeśli ktoś ci się ukłoni, to koniecznie musisz się ukłonić, bo jeśli tego nie zrobisz, oznacza to całkowity brak szacunku i obrazę danej osoby. Generalnie , Japończycy kłaniają się często, na powitanie, na pożegnanie, żeby poprosić, przeprosić i podziękować. :) Ukłony mężczyzny i kobiety nie są do końca takie same. Mężczyźni zazwyczaj podczas ukłonu trzymają ręce na udach, kobiety trzymają je złożone przed sobą. Młodsze pokolenie często już nie kultywuje tego zwyczaju i po prostu podaje rękę na powitanie.

Warto też zwrócić uwagę na Japonki i ich urodę. Większość z nich wygląda na dużo młodsze niż są w rzeczywistości. Poza pudrem perłowym i zdrowym jedzeniem, kluczem do sukcesu jest zielona herbata Matcha! Kto nigdy nie próbował tej herbaty, niech nie wyobraża sobie delikatnego posmaku jaki znamy w Polsce. Po raz pierwszy zostaliśmy poczęstowani japońską, zieloną herbatą, kiedy po całym dni podróżowania dotarliśmy do Ainokury. Zaproponowano nam herbatę, więc bardzo się ucieszyliśmy, bo byliśmy już dość zmęczeni i zmarznięci. Radość jednak szybko prysła, kiedy postawiono ową herbatę przed nami. Smakowała i pachniała jak sproszkowane glony. Wykrzywiała twarz, a wypić ją można było jedynie duszkiem z zatkanym nosem. :) Ale nie można zapominać o jej cudotwórczych właściwościach! Nasza przewodniczka w Kyoto, powiedziała, że ona też nie daje rady pić tej herbaty, ale je lody, które zawierają jej ekstrakt. Postanowiliśmy uwierzyć, że działanie jest podobne i skupiliśmy się na lodach. :) Podczas jednego z poszukiwań lodów trafiliśmy do miejsca gdzie lody można było dostać absolutnie w każdej postaci z dodatkami, o których wcześniej nawet byśmy nie pomyśleli czyli np. lody z krewetkami czy lody z hot dogiem. Przed zakupem można było zobaczyć na wystawie jak taki deser będzie wyglądał. To była kolejne typowe zjawisko – przed każdą restauracją czy barem stały wystawy, ze sztucznym jedzeniem tak że każdy mógł zobaczyć jak będzie wyglądała jego potrawa przed zamówieniem.

Naszym kolejnym przystankiem po Tokio była właśnie Ainokura. Ainokura to przepiękna wioska, ukryta wsród gór i zieleni, która zachowała swój dawny urok i tradycję. Jest jedną z wiekszych wiosek w Gokayama, możemy zobaczyć tam aż 20 gassho zukuri czyli drewnianych domów ze stromymi dachami ułożonymi w kształt dłoni złożonych do modlitwy. Strome dachy budowane były po to, aby ochronić dach przed zerwaniem pod naporem śniegu. Po takim stromym dachu ( od 45 do 60 stopni) śnieg zsuwa się bez probemu. Całą prefekturę Gokayama nierzadko nazywa się japońskimi Alpami ze wzlędu na częste opady śniegu od listopada aż do kwietnia. W każdym razie, te małe, drewniane domki wyglądały niesamowicie pośród wszechobecnej zieleni i gór. Poza tym dopiero co przyjechaliśmy z Tokio i kontrast był naprawdę nie do opisania. Rozwinięta stolica z mnóstwem wieżowców olbrzymów oraz tłumem ludzi w porównaniu do maleńkiej wioseczki, w której czas stanął w miejscu.

W Ainokurze nocowaliśmy w jednym z tych tradycyjnych domków. Przywitała nas bardzo uprzejma gospodyni i pokazała nasz pokój. Na środku stało duże palenisko, na którym piekły się ryby czy grzała woda na herbatę. Po około godzinie dostaliśmy kolację, już sam sposób podania robił wrażenie! Wszystko było podane w malutkich miseczkach i talerzykach ( piękna zastawa), mogliśmy spróbować różnych smaków. Wszystko było świeże, bo chwilę wcześniej przyrządzone w kuchni przez panią domu. Mieliśmy też okazję spać na tradycyjnym japońskim posłaniu, futonie.

Potem wybraliśmy się na spacer, chwilę pooglądaliśmy domki, zerkneliśmy do mini muzeum forkloru gdzie mogliśmy wypróbować grę na tradycyjnych japońskich instrumentach i poszliśmy dalej, poza wieś. Widoki były piękne, a zieleń taka głęboka i jasna, że aż nierealna. Było sielsko i anielsko, gdy nagle zobaczyliśmy tabliczkę, na której był narysowany niedzwiedź, a pod nim widniały japońskie napisy. Co prawda japońskiego nieznamy, ale można było wywnioskować,że w okolicy grasują niedźwiedzie. Po powrocie zapytaliśmy o to panią domu i przyznała, że owszem nie ma się czego obawiać, ponieważ ona da nam dzwoneczek. Po chwili wróciła z malutkim dzwoneczkiem, który można było zwiesić na szyi . Dodała, że dźwięk dzwoneczka plus głośna rozmowa powinny odstraszyć niedźwiedzie. :) Nie przekonało nas to jednak do końca, więc nie oddalaliśmy się jakoś daleko w góry.

W Ainokurze spędziliśmy dwa dni, pojechaliśmy też do sąsiedniej wioski Shirakawa – go, która także znajduję się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Z powrotem wróciliśmy spacerem, podziwiajając po drodze widoki i dzięki temu natrafiliśmy na super onsen. Siedząc w środku i grzejąc się w ciepłej wodzie mieliśmy niesamowite widoki na góry i wodę, było przepięknie!

Jako że na onsenie byliśmy jedynymi europejczykami, to wzbudziliśmy pewną sensację. Po wyjściu otoczyło mnie kilka starszych Japonek i pytało skąd jestem, gdzie jadę i gdzie już byłam. Cały czas się śmiały, nie wiem czy dlatego, że średnio mówiły po angielsku czy po prostu ze mnie :) Wspominam to jednak bardzo sympatycznie!

Ktokolwiek się zastanawia czy warto jechać tyle godzin do Ainokury, to z ręką na sercu mogę zapewnić,że warto!

Niedługo część 3 wyprawy po Japonii!
Zapraszam także do poprzedniej części.
A Muzykalna Japonia na youtube pod tym linkiem