Japonia czyli kolebka tradycji, onsenu, Shinkansenów i dobrego wychowania. Część 1

Japonia znajduje się na liście marzeń  wielu podróżników. Często odkłada ją się na póżniej, ze względu na ceny i wysokie koszta podróży.
Czy jednak warto trochę zaoszczędzić żeby odwiedzić kraj kwiatnącej wiśni? Zdecydowanie warto!

U nas jedne podróże są bardziej zaplanowane inne mniej. Akurat Japonia była spontaniczna. W naszym mieście, nad fiordami już od kilku miesięcy panowała jesień i powstała chęć zmiany klimatu i przeżycia czegoś nowego. Zresztą, jeśli już raz zacznie się podróżować , to trudno potem przestań, to jak uzależnienie, tyle że pozytywne.
Powstał pomysł, żeby gdzieś pojechać, tylko to „gdzieś„ nie było do końca sprecyzowane. Jedyna wytyczna – gdzieś dalej, poza Europę. Przez trzy kolejne dni siedziałam przed komputerem i przeglądałam różne promocje na loty. W końcu nasze „gdzieś„ zawęziło się do Peru, Japonii lub Sri Lanki. Ciężko powiedzieć czemu padło na Japonię, przeczucie po prostu.
Na bilety nie było bardzo dużej promocji, a i tak nie zapłaciliśmy szczególnie dużo. Dodatkowo mieliśmy możliwość wylecieć z naszego miasta, co już i tak było wiekim plusem. ( Stavanger, Norwegia). Na jedną osobę za bilety Stavanger – Amsterdam – Tokyo – Amsterdam – Stavanger na maj zapłaciliśmy około 2400 zł, razem z bagażami. Były też tańsze bilety, tylko w innych terminach. Ogólnie to można powiedzieć, że cena nie była wysoka, biorąc pod uwagę fakt, że czasem bilety z Norwegii do Polski, w okresie świątecznym, mogą być droższe :)

Bilety zakupione, hurra! Teraz trzeba było zaplanować trasę, a przynajmniej jej zarys. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w 15 dni. Po długim spoglądaniu na mapę oraz czytaniu blogów podróżniczych, zdecydowaliśmy, że wstępnie nasza podróż będzie biegła tak : Tokyo – Ainokura – Shirakawa-go – Kyoto – Nara – Hiroshima – Tokyo.

 

Najlepszym sposobem przemieszczania się po Japonii jest pociąg. Każdy słyszał już chyba o słynnych Shinkansenach. Potrafią osiągać zawrotne prędkości 240 – 320 km/h, są niezwykle punktualne i niestety bardzo drogie.
Jest na to jednak metoda- można zakupić sobie specjalny bilet JR Pass. Bilet ten dostępny jest jedynie dla zagranicznych turystów i można go kupić jedynie poza granicami kraju. Po przyjeździe, trzeba taki bilet aktywować na najbliżej stacji. W zależności od potrzeby można go kupić na 7, 14 albo na 21 dni. JR Pass można zamówić nie wcześniej niż 90 przed przyjazdem do Japonii.
Jeśli ktoś ma podwójne obywatelstwo ( w tym japońskie) to musi udowodnić, że na codzień mieszka i pracuje poza Japonią, w przeciwnym razie nie będzie mógł nabyć biletu. Cena JR Pass za 14 dni to 339 euro. Wydaje się to dość wysoką kwotą i niektórzy mogą zacząć się zastanawiać czy się opłaca. Odpowiedź może być tylko jedna : Jak najbardziej się opłaca! Nam cena zwróciła się już po dwóch przejazdach. ( Oczywiście jeśli ktoś jedzie w jedno konkretne miejsce np. do Tokio czy na targi to wtedy JR Pass nie będzie mu potrzebny. Jeśli jednak ktoś chciałby zobaczyć różne miejsca i nastawia się na przemieszczanie, to jak najbardziej polecam.)

Nadszedł dzień wylotu! Zaopatrzeni w plan podróży i miejsca, które chcemy zobaczyć, JR Pass oraz entuzjazm, który nie dawał spać w nocy, wyruszyliśmy! Już sam lot to przeżycie samo w sobie: ogromny samolot, bardzo miła obsługa i pyszne jedzenie. Wybraliśmy linię KLM, bez problemu można było dostać wegańską opcję. Lecieliśmy w środku dnia, ale w Japonii była w tym czasie noc, więc jak to zwykle bywa, obsługa chciała nas chociaż trochę przestawić na inną strefę czasową. Około 17 wszystkie żaluzje musiały zostać zasłonięte i większość osób poszła spać. Mój organizm nie dał się jednak nabrać, więc przez cały lot oglądałam filmy i podjadałam co tylko było można. Dolecieliśmy około 9 rano czasu japońskiego. Chwilę przed wylądowaniem dostaliśmy specjalne wizy do wypełnienia. Jakoś tak wyszło, że do kontroli przy wyjściu doszliśmy ostatni. Kiedy zobaczył to pan, który „kierował` ruchem na terminalu, bardzo się zmartwił i zaczął biegać, machając żebyśmy pobiegli za nim. Nie za bardzo wiedzieliśmy co się dzieje, ale okazało się,że po prostu nie chciał żebyśmy czekali. Tam wszystko musiało być na czas, żadna chwila nie mogła się marnować. Być może to właśnie takie podejście Japończyków powoduje, że są tacy efektywni. :)
Kontrolę przeszliśmy łatwo, porozmawialiśmy chwilkę z miłym panem, który spytał co chcemy robić w Japonii i jakie miejsca zobaczyć. Później poszliśmy szukać stacji pociągów i miejsca do aktywacji biletów. ( JR Pass) Mimo, że całe lotnisko było świetnie oznaczone to co chwila widzieliśmy kogoś kto kierował ruchem. Na początku byliśmy zaskoczeni, bo wydawało się to całkiem zbędne. Praktycznie niemożliwością było zabłądzić ( chociaż, jako przewodnik turystyczny trochę już sytuacji doświadczyłam i wiem, że jak ktoś chce to potrafi się zgubić wszędzie :). Po dwóch tygodniach w Japonii przyzwyczailiśmy się do tego, że wszędzie gdzie tylko możliwe stoją ludzie, którzy coś pokazują ( nawet jeśli to coś jest bardzo oczywiste) . Przykład : Na drodze zrobiła się dziura, niewielka, ale ze wzlędów bezpieczeństwa postawiono strzałkę z instrukcją jak ją obejść. To jednak nie wystarczyło, obok stał też pan, który wskazywał na wszelki wypadek jak trzeba ominąć dziurę. Takich sytuacji było mnóstwo. W Polsce wydawałoby się to dziwne, ale tutaj wszystko było tak poukładane i zaplanowane, że miało to sens. Wszystko chodziło jak w zegarku i każdy miał swoje miejsce i konkretne zadanie do wykonania, choćby to zadanie miało polegać na pokazywaniu jak obejść kamień. W tym też tkwi japoński urok.

Na stację trafiliśmy bez problemu i po chwili siedzieliśmy już w pociągu. Wyglądał jak nowy, był bardzo przestronny, czysty i z wifi. Przyjechał i odjechał punktualnie co do sekundy. Nikt się do pociągu nie wpychał, wyznaczone były specjalne sektory i każdy ustawiał się w rządku.
Przez cały pobyt w Japonii korzystaliśmy z wielu pociągów, a nigdy żaden się nie spóźnił i ani razu nikt nie wyszedł poza kolejkę.
Naszym pierwszym przystankiem w Tokyo była Shinagawa. Pierwsze wrażenie – niesamowite, bo z każdej strony otaczały nas wieżowce. Były potężne i wydawało się, że sięgają nieba. Ulica była ruchliwa i wszędzie chodziło mnóstwo osób, ale nikt na siebie nie wpadał i nie było tłoku. Wcześniej wyobrażaliśmy sobie, że w jednym z najbardziej zaludnionych miast świata będzie tłoczno i każdy będzie się przepychał. Nic bardziej mylnego! Wydawało się, że każdy miał wystarczającą ilość przestrzeni, nikt się nie popychał, wszyscy byli bardzo kulturalni, tak jak przy wchodzeniu do pociągu. Niesamowite! Mimo dużego ruchu na ulicach , powietrze nie było jakieś ciężkie. Oczywiście, czuć było różnicę między zieloną Norwegią, a Tokyo, ale i tak oddychało się  dobrze. Mimo to mijaliśmy po drodze wielu Japończyków w maseczkach. Jak się dowiedzieliśmy póżniej, znaczna część z nich bała się zarazków.
Pomiędzy tymi wysokimi wieżowcami co chwilę znajdowaliśmy jakąś małą, uroczą świątynię. Było to niesamowite połączenie, nowoczesności z tradycją. Zatrzymaliśmy się przy pierwszej z nich i zobaczyliśmy jakiegoś staruszka, który wykonywał nie zrozumiałe dla nas rytuały . Po chwili podszedł i spytał czy wiemy jak to się robi i dlaczego. Nie wiedzieliśmy ,więc wszystko nam pokazał. Najpierw ręce i usta trzeba umyć nabierając wodę chochelką z kamionki. Według tradycji najpierw myje się lewą rękę, potem prawą, usta, a na końcu opłukać trzeba samą chochelkę.
Przed wejściem do świątyni stoi specjalna skrzynka na datki, zawsze wrzuca się tam jakieś drobne. Modliwa jest krótka, polega na zadzwonieniu wielkim dzwonem ( dowiedzieliśmy się,że to po to żeby zwrócić uwagę bóstwa, które jest w świątyni) dwukrotnym klaśnięciu w ręce oraz dwukrotnym ukłonieniu się. Sama modlitwa polega tylko na wypowiedzeniu życzenia lub prośby do bóstwa. Niemniej, wszystkie te kroki po kolei zawierają w sobie jakąś magię i przez całą podróż po Japonii zatrzymywaliśmy się nieraz żeby zobaczyć jak wykonują to inni.
Pod każdą świątynią zauważyliśmy też miejsce, w którym było pełno drewianych tabliczek lub zawiniętych karteczek. Okazało się, że w taki sposób można było zostawić swoją prośbę, życzenie czy podziękowanie.


Po długim spacerze uliczkami Shinagawy postanowiliśmy coś zjeść. Okazało się to nielada wyzwaniem, ponieważ jestem weganką. Większość osób nie mówiła po angielsku, więc trudno było poprosić o coś bezmięsnego. Byłam przygotowana jednak na takie okoliczności i w rozmówkach japońśko- polskich znalazłam zdanie „Poproszę o coś wegetariańskiego.„ Pani w restauracji po usłyszeniu tej rewelacji uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem, pokiwała przekonująco głową po czym zaproponowała mi zupę z kurczakiem. :) Nie było więc lekko, ale w końcu udało się wytłumaczyć o co chodzi i zjadłam pyszny ryż z warzywami.
Po obiedzie mogliśmy zameldować się w hotelu. Pokój był miniaturowy, a wszystko w środku malutkie, co jest dość zrozumiałe patrząc na gabaryty Japończyków. Ja z moim 1,70m czułam się nieraz jak wielkolud. W hotelu był onsen więc od razu wskoczyliśmy w szlafroki i poszliśmy zobaczyć co i jak. Onseny czyli nic innego jak japońskie gorące źródła. Zazwyczaj jest podział na damskie i męskie. Czasem można znaleźć onseny koedukacyjne, ale nie są one przeznaczone dla turystów. Na onsen trzeba wejść nago, a przed wejściem dokładnie się wyszorować i opłukać. Przed wejściem jest na to specjalne, wspólne pomieszczenie z miejscami do siedzenia, wiaderkami i wodą. W Japonii nikt nie wstydzi się nagości. Na początku nie wiedziałam, w którym miejscu zostawić ubrania, a nie chciałam popełnić jakiegoś wielkiego faux pas. Na szczęście, szybko podeszła do mnie sympatyczna pani, która wszystko mi dokładnie wyjaśniła. Pokazła mi też małe źródełko, z którego zaczerpnąć trzeba było wodę przed wejściem i się opłukać. To jednak miało bardziej symboliczne znaczenie, oczyszczające raczej duszę niż ciało.
W końcu, kiedy byłam już czysta z każdej strony, zarówno w środku jak i na zewnątrz ,nadszedł czas na wejście do źródła. Jedno z nich przypominało mały basenik, drugie wyglądało jak jacuzzi a oprócz tego były dwie, małe drewniane balie . Zaczęłam od małego basenu, ale ledwo wsadziłam tam stopę i myślałam,że zacznę krzyczeć. Woda była naprawdę strasznie gorąca. Chyba jednak tylko ja tak odczuwałam tą temperaturę, bo wszyscy inni ( razem ze mną były tylko Japonki) wchodzili do wody bez problemów i to w każdym wieku. Było sporo dzieci i starszych osób. Europejczycy raczej nie są przyzwyczajeni do takich temperatur, więc samozanurzenie się zajęło mi około 5 minut. Musiałam  wyjść po 2 minutach, bo więcej nie dałam rady usiedzieć. Jednak samo w sobie jest to niesamowite przeżycie.

Na koniec smutna wiadomość dla posiadaczy tatuaży – do większości onsenów  istnieje zakaz wstępu z tatuażem. Powodem tego jest japońska grupa przestępcza – yakuza. Gangsterzy należący do tej grupy, ozdabiają całe swoje ciała tatuażami, na dowód przynależności i oddania.
W przeszłości tatuażami oznaczło się także kryminalistów. Poza tym tatuaże kojarzą się Japończykom z biedą i niską klasą społeczną.
Żeby wejść na onsen z tatuażem, trzeba przykleić plaster, który go za kryje, a i to nie gwarantuje nam wstępu. Jeśli ktoś zapyta nas co mamy pod plastrem i odpowiemy zgodnie z prawdą, musimy się przygotować na krzywe spojrzenia czy nawet zakończenie rozmowy. Niemniej jednak, warto spróbować!

Część 2 czyli dalsze wędrówki po Tokio, a także niesamowita Ainokura, gdzie czas stanął w miejscu, już wkrótce!